Nie potrzebuję wolności - przeciwko wypuszczaniu kotów

"I don't want to live in a tree - against free roaming for cats" Paula Swepston, tłumaczenie Anna Jakubiak

Autorka, Paula Swepston prowadząca Sekretariat NFO, pochodzi z Południa USA. Obecnie razem z Mężem mieszkają na przedmieściach Genewy (po francuskiej stronie).

Fred był pręgowanym, rudym przystojniakiem, który kiedyś się do nas przybłąkał. Choć wszyscy oczywiście go kochaliśmy, tak naprawdę był kotem mojego ojca. Popołudnia spędzali drzemiąc na tapczanie przed telewizorem, po prostu dwaj kumple okazujący zainteresowanie piłką nożną; duet mrucząco-chrapiący. Fred towarzyszył ojcu wszędzie, nawet podczas jedzenia, z godnością oczekując na swoją porcję. Bez żebractwa, czy złego zachowania. Fred był dżentelmenem. Przez kocie drzwiczki wchodził i wychodził kiedy chciał, czasem nawet zapraszał do domu swoich kocich przyjaciół. W ciągu dnia zwiedzał okoliczne lasy, zawsze gotów przypędzić po usłyszeniu magicznego "kici kici" w porze kolacji. Pewnego dnia sąsiedzi przynieśli naszego ukochanego zwierzaka w kartonie... Fred wpadł pod samochód. Krzyki cierpiącego w agonii kota były przejmujące. Wszędzie krew. Wnętrzności wychodzące z jego pyska... cierpiał straszliwie, a wezwany weterynarz tylko potwierdził, że nic już nie da się zrobić. Słysząc to, mój ojciec wyjął z szafy pistolet. Pochowaliśmy Freda w ogrodzie, pod jego ulubioną ławką, gdzie godzinami wygrzewał się na słońcu. Ojciec do późnej nocy płakał, zdruzgotany, z przygnębieniem powtarzając: "czuję się tak, jakbym zastrzelił swoje dziecko". Bez Freda dom wydawał się pusty. Kątem oka wciąż widziałam pomarańczowy kształt, gryzłam się w język, próbując go wołać... Byliśmy załamani, niezdolni do wspólnych posiłków, nieodparcie przywołujących pamięć o Fredzie. Powiedzieliśmy wtedy, że żaden kot nigdy nie będzie w stanie go zastąpić. Kilka miesięcy później szary koci kłębuszek wparował do domu prosto w objęcia mojej mamy. Kociak zaskoczył ją zupełnie. Poczęstował się jedzeniem wyrywając kąsek prosto z jej ust! Oczywiście WCALE nie chcieliśmy innego kota. Ale czy mogliśmy wyrzucić go na ulicę w tak zimną noc? Tak nastał czas Freddy'ego Juniora, który był z nami przez następne dziesięć lat. Wiódł życie rozbójnika, mimo kastracji, wiecznie skorego do walk i przygód. Nie dla niego było wylegiwanie się na poduszkach. Rozorany nos, rozerwane ucho i podobne atrakcje były na porządku dziennym. Któregoś dnia przykuśtykał do domu zalany krwią. Jego oko było w tragicznym stanie i ze względu na ogromny koszt operacji weterynarz sugerowal uśpienie. "Wykluczone!" - wykrzyknął tata. "Przecież kot to członek rodziny! Oczywiście musi zostać zoperowany!" Mieszkaliśmy w okolicy, gdzie ulice były tak bezpieczne, że dzieci na środku jezdni grały w gumę i klasy. Mieszkańcy mając na uwadze nas i biegające psy, toczyli się powoli swoimi samochodami, delikatnie trąbiąc, byśmy usunęli się z drogi. W tamtych czasach, czterdzieści lat temu, nikt nawet nie myślał o "więzieniu" kotów w domach. Troszczyliśmy się o nie, ale panowało przekonanie, że koty, niezależne stworzenia, potrzebują wolności. Kochaliśmy nasze koty. Myśleliśmy, że robimy dla nich to, co najlepsze. Jednak Fred niepotrzebnie umarł w bólu, a Freddy Junior nie musiał spędzić reszty życia z jednym tylko okiem. Mówi się, że długość życia "wolnożyjących" kotów wynosi około dwóch lat. Wolę TAKObecnie wraz z mężem mieszkamy z piętnastką kotów, z których żaden nie zaznał tak zwanej wolności. Najstarszy kot ma czternaście lat, inny dwanaście, mamy trzech jedenastoletnich staruszków. Oczywiście cierpią na różne, związane z wiekiem dolegliwości. Najstarsza kotka traci zęby, inny senior musi być poddawany terapii, by jego nerki funkjonowały... Lecz nigdy nie potrąci ich samochód, nie stracą oka w walce z ogromnym psem, nie zginą w konwulsjach daleko od domu, zarażone przez chorego, bezdomnego przedstawiciela swojego gatunku. Są zgodnymi kompanami, polującymi na ptaki przez kuchenne okno. Mają zewnętrzny ogrodzony wybieg i całe mieszkanie do swojej dyspozycji. Nic nie wskazuje na to, że byłyby szczęśliwsze, żyjąc na ulicy. Wciąż jednak panuje przekonanie, że kotów nie należy "więzić". Moja koleżanka kocha koty i mimo, że straciła dwa pod kołami samochodów, również trzeciemu pozwala na samowolne wędrówki. Będąc zawadiaką, nie opuszczającym placu boju bez powiedzenia ostatniego słowa, Ringo - jej kot - jest w tym większym niebezpieczeństwie. Jego uszy są poszarpane, a rany niezmiennie świeże. Ostatnio zniknął na dłużej i po powrocie był w tak złym stanie, że weterynarz zasugerował zrobienie testów na obecność wirusa FIV. W okolicy panowała epidemia tej choroby. Wynik? Ringo JEST nosicielem. Choroba jest śmiertelna i nie ma przeciw niej szczepionki. Nie jest uleczalna. Zwierzęta zarażają się najczęściej poprzez ugryzienia podczas kocich walk... Ringo nie wykazuje objawów choroby. Na razie. Ale jeśli zachoruje, nie będzie dla niego ratunku. Jest ogromnym zagrożeniem dla innych kotów. Wszyscy pytają właścicielkę, co czuje, mając świadomość, że jej kot zaraża inne. A ona, święcie oburzona, twierdzi: "Dlaczego mam więzić mojego kota, przecież to nie jego wina, że jest zarażony wirusem?!" I Ringo wciąż biega na wolności. Figaro, kot sąsiadów był pięknym syjamem. Nie był wykastrowany, bowiem właściciele uważali, że kastracja jest czymś okrutnym i wbrew naturze. Jego żądza przygód była więc większa, niż u sterylizowanego zwierzęcia. Często odwiedzał mnie w ogrodzie, przeskoczywszy przez płot i wiele razy odnosiłam go właścicielom mówiąc: "Spójrzcie, on jest taki ufny. Nie boicie się, że ktoś go zabierze?" Kiedy następnym razem zobaczyłam Figaro... leżał martwy ponad dwa kilometry od swojego domu... Pozostawił po sobie mnóstwo syjamopodobnych potomków i wciąż co jakiś czas widzę któregoś z nich rozjechanego na poboczu ulicy. Jak wielu hodowców, często odpowiadam na pytania potencjalnych właścicieli dotyczące wypuszczania kociaka. Często są oburzeni, gdy tłumaczę, że nie oddamy naszych kociąt do domów, w których miałyby nieograniczony dostęp do tzw. "wolności". Każdy mówi, że okolica jest spokojna, mało samochodów, dużo drzew do wspinania się a przecież kocią naturą jest wolność! Okrucieństwem byłoby ją ograniczyć, a kot przychodzi na zawołanie! Odpowiadam: Ukochany kot zawsze przyjdzie na twoje zawołanie. JEŚLI TYLKO BĘDZIE W STANIE. Liczba ogłoszeń o zaginionych zwierzakach jest olbrzymia. W czym więc tkwi problem? Po pierwsze: samochody. Koty są, owszem, szybkie, ale prawda jest taka, że oślepione światłami reflektorów zwierzę zamiast uciekać, zastyga w bezruchu. Jeśli nie wciśniesz hamulca wystarczająco szybko, kot zginie pod kołami, zanim instynkt samozachowawczy każe mu uciec. Po drugie: walki w obronie terytorium. Nawet sterylizowane zwierzęta bronią swojego miejsca. Efekt - rany, infekcje, itp. Po trzecie - psy, które często atakują i gonią koty. Zdarza się, że przypadkiem kot może zawędrować do czyjegoś garażu. I zostać tam przypadkiem zamknięty - zginie, bo właściciele garażu akurat wyjechali na długie wakacje, a kot został uwięziony niechcący bez jedzenia i picia i nikt o tym nie wie. Kot może zostać złapany w pułapkę zastawioną na inne zwierzę. Mogą go zastrzelić myśliwi lub kłusownicy. Pewien rudy kot stracił życie, ponieważ ktoś wziął go za lisa! Przez przypadek, oczywiście. Albo i nie... Ktoś inny spotka twojego kota i widząc, jaki jest przyjazny pomyśli: "Moja żona od dawna marzy o kocie. Ten byłby idealny". Zawsze istnieje też ryzyko zabicia kota dla jego skóry i złapanie do celów laboratoryjnych. Czy możesz wyobrazić sobie swojego ulubieńca, kolanowego pieszczocha, być może kupionego za ciężkie pieniądze rodowodowego zwierzaka, torturowanego w imię kosmetycznych doświadczeń? Nawet tatuowanie nie daje gwarancji. Laboratoria nie kupują znakowanych zwierząt, ale czy ktoś powiedział, że nie można przyjąć kota pozbawionego jednego ucha? W momencie, gdy decydujesz się na kota, staje się on członkiem twojej rodziny i zasługuje na odpowiedzialną opiekę. Nieważne, czy został kupiony u hodowcy, czy znaleziony na śmietniku. Czy pozwoliłbyś swojemu czteroletniemu dziecku bawić się na ulicy? Wiem, że jesteś miłośnikiem kotów. Gdybyś nie był, nie czytałbyś tego artykułu. Chcesz dla swojego zwierzaka jak najlepiej. Być może dorastałeś, słysząc co wieczór: "Czas nakręcić zegarek i wypuścić kota". Czułeś, że zrobiłbyś krzywdę swojemu kotu, gdybyś nie pozwolił mu zasmakować cudownej wolności. Mam nadzieję, że po lekturze tego tekstu zastanowisz się, czy warto ryzykować. Nadchodzi lato, czas grilowania i długich wieczorów w ogrodzie. Często słyszę argument: "Ale kot tak bardzo chce być z nami!" Tak, on z pewnością chce. Ale odpowiedź jest prosta: zamknij za sobą drzwi. Wszyscy potrzebują świeżego powietrza. Otwarte okna da się zabezpieczyć, montując w nich siatki, zabudowując balkon czy konstruując wolierę. Trudniej jest oduczyć od wędrówek starszego kota, ale kociak, o ile sam go nie nauczysz, nie złapie włóczęgowskiego bakcyla. Wiedz, że kot zawsze doceni towarzystwo człowieka i żaden nie oprze się wylegiwaniu na nasłonecznionym parapecie. Pamiętam małego gościa, który wpadł do naszego domu, gdy mój mąż uchylił drzwi wychodząc do pracy. W mgnieniu oka dobrał się do posiłku naszego kota i czuł się u nas, jak u siebie. Dowiedziawszy się, czyj to kot zostawiłam kartkę w drzwiach, informując właścicieli, że ich Charlie jest z nami i czeka, by go od nas odebrali. Charlie ucieszył się, gdy po niego przyszli, a ja byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy. Niebawem sytuacja się powtórzyła. I znowu. Tłumaczyliśmy właścicielom, że nie powinni zostawiać kota na mrozie cały dzień! Odpowiedzieli, że Charlie uwielbia być na zewnątrz, mieszka na drzewie, łapie ptaki. A Charlie, zmarznięty, wyglądał, jakby oponował: "To nieprawda, ja kocham spać na sofie i wolałbym jeść z mojej miseczki!" Potem rodzina Charliego wyjechała na dłużej i nie zrobiła nic, by zapewnić mu jakikolwiek posiłek bądź schronienie. Ponieważ nasz weterynarz nie zgodził się na umieszczenie Charliego razem z naszymi kotami, zawieźliśmy go do schroniska. Właściciele byli wściekli, gdy poinformowaliśmy ich o tym po powrocie. Oskarżali nas o wtrącanie się, jednak ich postępowanie nadal się nie zmieniło. Mówiliśmy im, że skoro nie chcą być odpowiedzialni za własne zwierzę, to schronisko jest może lepszym rozwiązaniem. Gdy kolejny raz zawieźliśmy tam Charliego, wspólnie z pracownikami schroniska doszliśmy do wniosku, że kot powinien znaleźć nowy dom. Czułam się okropnie, moje poczucie winy było ogromne. "Właściciele" nie zainteresowali się więcej Charliem, więc po kilku dniach przestałam czuć się jak kryminalistka. Po tygodniu ucieszył nas telefon ze schroniska. Miło było usłyszeć, że Charlie ma już nowy dom, gdzie rodzina z dziećmi będzie rozpieszczać go do końca jego dni. Uważam, że jako hodowcy kotów powinniśmy czuć się odpowiedzialni za cały rodzaj koci. Wraz z mężem lubimy oglądać program: "Za drzwiami Actors Studio". W każdym odcinku aktorzy są przepytywani według pewnego schematu, np.: jakie słowo lubisz najbardziej, co cię interesuje, czego nienawidzisz. Ostatnie pytanie brzmi zawsze: "Jeśli Bóg istnieje, co chciałbyś usłyszeć od Niego, gdy spotkacie się w niebie?" Pamiętam odpowiedź Sharon Stone: "Dobrze się spisałaś, moje dziecko". Czasami wyobrażam sobie, że spotykam różnych legendarnych przodków z czasów Wikingów. Stoję przed boginią Freyą. I kiedy patrzę na nią, słyszę: "Dziękuję za opiekę nad moimi kotami".

 

Powrót na początek strony