Słów kilka do artykułu J.E. Madsen dot. odmian genetycznych i inbredów

Roman Grabara, Karodok*PL

Jette Eva Madsen w artykule opublikowanym w nr 2 Huldrekatten z 2003 roku poruszyła problemy znane hodowcom nie tylko kotów norweskich leśnych. Wszak czymże jest inbreeding? Niczym innym jak chowem wsobnym. A chów wsobny w ostateczności doprowadza do zjawisk wielce niepożądanych w hodowli. R.Grabara Chów wsobny jest znany i stosowany. Czy w Polsce był stosowany? Ależ oczywiście. Po 1990 roku, kiedy to do naszego kraju zaimportowano parę kotów norweskich leśnych, dopuszczono inbreeding z prostej przyczyny - z braku reproduktorów. Ojciec mógł i krył swoje córki. Powyższy mariaż był dopuszczany warunkowo przez Główną Komisję Hodowlaną przy SHKRP. Nie przypominam sobie ażebym widział na wystawach potomstwo uzyskane w taki sposób. Tak więc nie jestem w stanie określić, czy inbred w tym przypadku zaszkodził rozwojowi rasy. Pani Madsen ostro krytykuje w artykule chów wsobny. Widocznie zmieniła na ten temat zdanie. W rodowodach starszych kotów pochodzących z jej hodowli spotyka się działania typowe dla inbreedingu. Hodowla inbredowa w jej wydaniu była dość częstym zjawiskiem. J.E. Madsen darzę szczerym szacunkiem , jest niewątpliwym autorytetem w hodowli kotów norweskich leśnych na świecie. W przeszłości marzeniem moim było posiadanie kotów z jej hodowli. W artykule p. Madsen jest zaniepokojona globalizacją i możliwością małej różnorodności genetycznej hodowanych kotów. No cóż, żyjemy w epoce, w której komunikacja nie stanowi problemu. Szanujący się hodowca, posiadający cele hodowlane, skutecznie zadba o różnorodność genetyczną swojego stada. Każdemu zależy na prawidłowym rozwoju kotów, ich zdrowotności i eksterierze. No właśnie eksterierze. J.E. Madsen niepokoi fakt, że próbuje się wyrównać eksterierowo populację NFO w skali co najmniej Europy. Wspomina o możliwościach zniknięcia lokalnych odmian. Ja nie widzę w tym nic dziwnego. Wszak hodujemy koty norweskie leśne pod standard określony przez FIFE. Strażnikami standardu są sędziowie. Cóż mnie, jako hodowcy, dałyby na wystawach koty o eksterierze kotek-córek pierwszej pary NFO zaimportowanej do Polski? Czy przyjemnie jest przegrywać? Czy przyjemna była przepaść eksterierowa ok. 5-7 lat temu pomiędzy naszymi NFO a zagranicznymi? I tutaj chylę czoła przed nielicznymi polskimi hodowcami, którzy podjęli trud zbliżenia się do europejskiego wyobrażenia o rasie NFO. Dzięki tej garstce zapaleńców, którzy nie bacząc na znaczne nakłady finansowe wzbogacali importami populację NFO, możemy dzisiaj z podniesionym czołem i z powodzeniem rywalizować na wszystkich ringach wystawowych. To sędziowie, strażnicy standardu NFO, wymuszają na hodowcach podjęcie wysiłków zmierzających do zmiany fenotypu hodowanych przez siebie kotów. Myślę, że po to rasa została ujęta w karby przepisu, ażeby populacja NFO pod względem fenotypu została wyrównana. Zresztą sami sędziowie sieją zamęt w umysłach hodowców np. preferując wbrew standardowi głowę w kształcie trójkąta równoramiennego. W rękach hodowców leży los różnorodności genetycznej hodowanych przez siebie kotów. W chwili obecnej w Polsce nie ma potrzeby stosowania inbreedingu i nie spotkałem się z takimi zakusami hodowców. J.E. Madsen alarmistycznie przedstawia przyszłość rasy. Myślę, że trzeba do tych stwierdzeń podejść bardzo spokojnie. Czyż ludzkość nie pochodzi od jednej, afrykańskiej Ewy? Czy grozi nam, ludziom, katastrofa genetyczna? Oczywiście nie i tak samo będzie z NFO. W rękach hodowców leży los różnorodności genetycznej rasy i myślę, że przynajmniej w Polsce różnorodność ta jest zagwarantowana. I ostatnia kwestia. Opracowanie przewodnika hodowlanego, jako pewnego rodzaju wytycznych jest rzeczą pożądaną. Jednak narzucanie liczby kojarzeń tej samej pary, albo określanie liczby miotów w okresie życia rozrodczego nie jest zbyt rozsądną propozycją.

 

Powrót na początek strony